Między Ustami Italji a brzegiem Nervi Przypadek Kazimiery Alberti

Kiedy w 1932 roku Alberti zaczyna się spotykać z młodszym od siebie włoskim dziennikarzem, już w szkicowniku poetyckim posiada pierwsze wiersze, które później znajdą się w tomie wydanym w 1936 roku. Włoska eskapada kochanków zostaje utrwalona w Ustach Italji. Jako wiarołomna małżonka Alberti przemyca w lirykach momenty ekspiacji, przyznania się do sprzeniewierzenia przysiędze. Nie ma jednak mowy o czynnym żalu lub o wyrzutach sumienia. Możemy dostrzec w estetycznych wyborach Alberti pewien zamysł modelowania autobiografii, kreowania własnego wizerunku lub wręcz mechanizm wyparcia rzeczy niepochlebnych, tłumaczenia się z własnych przewin. Grzeszne życie wiarołomnej żony ma swe odzwierciedlenie w apostroficznych wezwaniach do świętych kobiet, które porzucały dawne życie i wkraczały na zupełnie nową ścieżkę egzystencji.

O siostro Klaro! Wybacz mi te słowa –
j a p r a g n ę t u t a j k o c h a ć, j a c h c ę t u
[m i ł o w a ć!

 (Święta Klara w: Alberti 1936: 37)

O święta Katarzyno!
[…]
i niech twe palce mokre i święte –
położą go na me usta spieczone, niewierne, zacięte…

(Siena w: Alberti 1936: 43)

Bowiem święta Cecylja idzie Raffaela –
pogodna jak dzisiejsza bolońska niedziela,
na całem sercu mojem i na wszystkich zmysłach –
muzyką się rozniosła, rozlała, roztrysła.

(Bolonia w: Alberti 1936: 16)

A widzisz, widzisz – Lukrecjo! nigdy ci się nie śniło,
że taka wielka istnieje miłość,
która nawet potrafi złamać Bogu dane słowo.

(Prato w: Alberti 1936: 48)

Dyktowane predylekcją wyobraźni portrety siostry Klary, świętej Cecylii, świętej Katarzyny czy mniszki Lukrecji łączą w sobie, utrzymywaną w tomie, pochwałę włoskiej sztuki i osobistą grę w półsłówka – konfesyjną w tonie i asekurancką w estetycznym sztafażu. Alberti traktowała literaturę jako zestaw zasłon i szyfrów, które pozwalają mówić szczerze, lecz poprzez figuratywność mowy i niuanse stylistyczne nie będzie to miało wartości dowodowej. Dlatego jej biografia pozostaje wiecznie niejasna, celowo zamazana przez samą autorkę, która gubi tropy, wyprowadza dociekliwego czytelnika w pole niereferencyjności. Śmiem twierdzić, że Alberti mogłaby nie istnieć, może nawet chciałaby wymazać się ze spisu ludności, a całą swą udręczoną a zarazem ekstatyczną i szczęśliwą egzystencję przenieść na karty literatury.

s. 48-49